Jak kończą kradzione auta i czy da się je odzyskać? Detektyw opowiada o swojej pracy

2 miesiące, 3 tygodnie temu - 14 lipca 2022, Auto Świat
Jak kończą kradzione auta i czy da się je odzyskać? Detektyw opowiada o swojej pracy
Zapytaliśmy Marcina Miklaszewskiego z agencji detektywistycznej Temida, jak wygląda jego praca.

Prywatny detektyw opowiedział nam w szczerej rozmowie, za co płaci klient, zlecający poszukiwanie skradzionego auta i jakie są szanse na odnalezienie utraconego mienia. Dowiedzieliśmy się też, co dzieje się z samochodami, które "zmieniły" właściciela.

Krzysztof Grabek: Lubi pan adrenalinę?

Marcin Miklaszewski: Gdybym jej nie lubił, z pewnością nie robiłbym tego, czym się teraz zajmuję [śmiech].

Często zdarzają się sytuacje, które podnoszą jej poziom?

Tak często, że wielu detektywów w pewnym momencie się wycofuje. Mnie z kolei adrenalina napędza do dalszej pracy. Zdarza się, że przyjmuję zlecenia, których inni albo nie chcą robić, albo nie potrafią. Dobrze obrazują to słowa mojego przyjaciela, który powiedział do mnie kiedyś: "albo jesteś głupi, albo jesteś kozakiem".

Znalazł się pan kiedyś w poważnych opałach?

Najgroźniejsza sytuacja spotkała mnie za granicą. Byłem sam, bo odłączyłem się na chwilę od swojego zespołu i wtedy zaszło mnie dziesięć osób z załadowaną bronią. Prowadziłem z nimi negocjacje w sprawie zwrotu luksusowego samochodu, ale sprawa trochę wymknęła się spod kontroli. Na szczęście, udało się odzyskać i ją, i pojazd. Skończyło się to bardzo źle... Jednak nie dla nas [śmiech].

Mówi pan o "luksusowym samochodzie". Ludzie nie wynajmują detektywów do Fabii czy Golfów?

Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek poprosił mnie o pomoc w odnalezieniu pospolitego samochodu. Wydaje mi się, że najtańszy pojazd, na jaki dostałem zlecenie, miał wartość ok. 60-70 tys. zł. To chyba była dość młoda Toyota Avensis, ale najczęściej klienci szukają aut kosztujących więcej niż 100 tys. zł.

W końcu usługa detektywistyczna swoje kosztuje. Ile zazwyczaj?

Całkowity koszt poszukiwań zamyka się najczęściej w przedziale 12-25 tys. zł netto. Na początku bierzemy zaliczkę za przygotowanie się do działań, przeprowadzenie czynności śledczych i poświęcony na to czas, a później procent od wartości odzyskanego samochodu.

Jakie są szanse na odnalezienie samochodu?

Mamy dużą skuteczność, bo nie przyjmujemy zleceń, kiedy nie ma to sensu. Kluczowy jest pierwszy wywiad z klientem, w trakcie którego poznajemy szczegóły zaistniałej sytuacji i na tej podstawie oceniamy szanse odnalezienia pojazdu. Sprawy przywłaszczenia rozwiązujemy niemal zawsze. Kradzieże są bardziej skomplikowane, bo wiadomo, jakich mamy w Polsce specjalistów w tym fachu.

Nie da się ich namierzyć?

Oczywiście, że się da, ale czasami jest naprawdę ciężko. W Polsce jest bardzo dużo grup przestępczych, które trudnią się kradzieżą. To specjaliści wiedzący, jak zabezpieczyć ślady i samych siebie, żebyśmy do nich nie dotarli. W takich przypadkach nie widzę sensu brania od klientów pieniędzy, bo pracuję też dla satysfakcji. Ona jest dla mnie paliwem.

Po każdej sprawie odczuwa pan taką samą satysfakcję?

Wiadomo, że im bardziej skomplikowana sprawa, tym większa satysfakcja. Wpływ na nią ma też to, jak bardzo dana rzecz była trudna dla mojego klienta. Uczciwie powiem, że czasami, zamiast satysfakcji, zdarza mi się odczuwać ogromny smutek. Tak dzieje się w sytuacjach, kiedy np. odnaleziony przeze mnie samochód jest już w częściach i ubezpieczyciel nie chce wypłacić pieniędzy.

Po jakim czasie samochód jest już nie do znalezienia?

Zdarza się tak, że auto od razu po kradzieży trafia do dziupli, gdzie jest rozkręcane do najmniejszej śrubki. Najczęściej jednak jest gdzieś odstawiane na kilka godzin lub nawet dobę, żeby "ostygło". Czasami potrafi stać nawet przez tydzień, czekając na swoją kolej w dziupli. Raz udało mi się odzyskać samochód po kilku miesiącach od kradzieży, ale zazwyczaj zajmuje nam to od trzech do pięciu dni.

Co się robi ze znalezionym autem? Po prostu się nim odjeżdża?

Nie ma jednego scenariusza. Jeżeli samochód figuruje w policyjnej bazie danych, to nie możemy go dotykać. Wówczas pojazd jest pod stałą obserwacją i wzywamy na miejsce patrol, żeby funkcjonariusze mogli przeprowadzić swoje czynności. Jeżeli jednak został odnaleziony w dziupli, to oficjalnie się tam nie pojawiamy i o dalszych krokach decyduje policja, która czasami chce jeszcze poobserwować miejsce i zebrać materiał dowodowy.

Często współpracuje pan ze służbami?

Muszę współpracować z policją przy każdej sprawie, bo taki obowiązek nakłada na mnie ustawa. Współpraca ze służbami bywa jednak trudna, ponieważ funkcjonariusze rzadko ufają prywatnym detektywom.

Czy to przez takich detektywów jak ten od słynnej fryzury?

Nie wiem, co mam powiedzieć [śmiech]. Chciałbym wygłosić bardzo dużo, ale lepiej po prostu przemilczę ten temat. Zamiast tego powiem, że kiedy policja już mi zaufa, to bardzo dobrze na tym wychodzi.

Jaką przewagę ma prywatny detektyw?

Przede wszystkim to tempo działania. Mam też dużo większe pole do manewru, bo jedyne, co mnie ogranicza, to prawo, na którego granicy się poruszam. Nie wiążą mnie jednak skomplikowane procedury i drobiazgowe protokoły policyjne.

Długo już pan tak pracuje?

Oficjalnie od 2017 r. Wcześniej to była po prostu pasja, ale nie mogłem działać na pełną skalę, bo nie miałem wymaganej licencji. Zajmuję się nie tylko odzyskiwaniem samochodów i muszę powiedzieć, że moimi ulubionymi sprawami są jednak te związane z człowiekiem – poszukiwanie zaginionych osób albo docieranie do sprawców stalkingu i wyłudzaczy. Tu zawsze dużo się dzieje, więc mogę wykorzystać swój cały potencjał.

Ważny jest też pewnie wątek psychologiczny.

Tak! Psychologia jest nieodłącznym elementem mojej pracy. To zresztą kolejna rzecz, która mnie fascynuje. Bez niej nie byłbym w stanie sprawnie przeprowadzić rozmowy, sprofilować potencjalnego oszusta albo podejść we właściwy sposób wyłudzacza.

Jaki udział procentowy mają sprawy motoryzacyjne?

Stosunkowo niewielki w skali działalności całej agencji. To jest jakieś 10-15 proc. wszystkich naszych zleceń i nie zawsze są to kradzieże. Zdziwiłby się pan, jak dużo jest przywłaszczeń.

Jacy ludzie zlecają panu te sprawy? Głównie z wyższych sfer?

To tak nie wygląda. Nie chciałbym używać tego sformułowania, ale mogę podzielić klientów na trzy kategorie. Pierwsza to osoby, które straciły nie tylko samochód, ale też poczucie bezpieczeństwa. Dla nich cena nie gra roli, bo chcieliby, aby ktoś poniósł konsekwencje za zakłócenie ich miru domowego i zabranie nieswoich rzeczy. Zgłaszają się do nas, bo chcą przywrócić sobie spokojny sen.

To chyba naturalne. A inne grupy?

Część klientów straciło samochody o trochę wyższej wartości, czyli od 80 tys. zł w górę, i nie miały wykupionego ubezpieczenia, bo dopiero nabyły pojazd albo przyjechały z zagranicy. Muszą odzyskać auto, żeby nie zostać z niczym. Z polisą wiąże się też trzeci rodzaj "klientów", a dokładnie wyłudzaczy. Niestety, raz na dwa miesiące zgłasza się do mnie ktoś, komu brakuje podkładki do udowodnienia, że zrobił wszystko, co mógł, aby odzyskać "skradziony" samochód, który tak naprawdę oddał w ręce "złodzieja".

Wszystkie auta kradzione w Polsce trafiają do dziupli?

To najczęstszy scenariusz, bo tam są rozbierane na części i w ten sposób da się najłatwiej upłynnić cudzy samochód. Najdroższe modele trafiają też na Wschód, gdzie są legalizowane i trafiają ponownie do obiegu. Złodzieje potrafią delikatnie rozebrać takie auta w trakcie podróży, żeby wyglądały na uszkodzone. Potem samochód ma przebijane numery w "serwisie" i korzysta z drugiego życia.

Gdzie najdalej pojechał pan po samochód klienta?

Najdalej od Polski? Myślę, że do Maroka. To, niestety, była przykra wyprawa, bo samochód udało się odnaleźć, ale nie odzyskać ze względu na bardzo rozwiniętą w tym kraju korupcję. Miejscowe układy po prostu uniemożliwiły podjęcie jakichkolwiek działań związanych ze zwrotem pojazdu.

Bez kontaktów ani rusz?

Trzeba mieć swoich zagranicznych "korespondentów". Dzięki pomocy tych osób na miejscu można zdziałać naprawdę dużo. Mam kilku wpływowych przyjaciół w różnych krajach, z którymi sobie wzajemnie pomagamy w śledztwach. W kilka godzin mogę załatwić coś na tip-top, choć czasami nie kontaktujemy się przez pół roku. Warto też być członkiem międzynarodowych stowarzyszeń, które potwierdzają, że jest się osobą godną zaufania.

Co jeszcze jest ważne w pracy detektywa?

Kreatywność. Wszystko da się zrobić, tylko trzeba wiedzieć, jak się za to zabrać. Bez pomysłów na sprawę, może być ciężko. Oczywiście, można powiedzieć sobie w liceum, że w przyszłości zostanie się detektywem, ale co z tego będzie, to nie wiem. Sam nie spodziewałem się, że będę odnosił tak duże sukcesy w tej pracy. To chyba po prostu efekt splotu wydarzeń i doświadczeń w moim życiu.

Czy w Polsce "wyrastają" auta skradzione za granicą, czy to już tylko mit?

Chciałbym, żeby to była przeszłość, ale dostaję sporo telefonów od zagranicznych klientów, którzy szukają swojej własności w Polsce. Mówię po niemiecku i jestem dobrze widoczny w sieci, więc często przyjmuję sprawy od Niemców. Zdarza się, że oni nawet wiedzą, gdzie są ich samochody, bo złodziej nie zagłuszył wszystkich systemów GPS i potrzebują tylko pomocy w odzyskaniu auta.

To przecież i tak skomplikowana operacja.

Niektórzy myślą, że wówczas wystarczy podjechać z drugim kluczykiem, odpalić auto i odjechać. Ale to nie jest takie proste, bo najpierw trzeba zrobić rozpoznanie terenu i zorientować się, czy wokół samochodu nie kręci się ktoś niebezpieczny. Do tego nawet jeśli pojazd figuruje jako skradziony w międzynarodowej bazie, polscy policjanci nie będą go ścigać. Przestępca zostanie ujęty np. dopiero podczas przeglądu albo rutynowej kontroli, gdy ktoś sprawdzi numer VIN auta. Klienci zgłaszają się do nas i my to załatwiamy w ciągu czterech godzin.

Brał pan udział w odzyskiwaniu podnajmowanych samochodów we Francji.

To leasingowane samochody z Polski, które są podnajmowane obcokrajowcom. W ciągu pierwszych tygodni klienci są zachwyceni, bo płyną do nich pieniądze w euro. Potem płatności się urywają, a samochodu nie ma i wtedy wkraczamy do akcji. Nie zawsze da się go odzyskać, ponieważ na miejscu okazuje się, że był wykorzystywany do transportu narkotyków i skonfiskowała go policja. Albo, że brał udział w nielegalnych wyścigach i skończył na słupie. Taki biznes to ślepa uliczka, bo nie jesteśmy w stanie mieć kontroli nad autem, a ubezpieczenie przestaje działać.

Była też głośna sprawa z Lamborghini Aventador. Kto je zgubił?

Najzabawniejsze w tej historii było to, że auto nie było poszukiwane, bo mężczyzna, który je przejął, teoretycznie jeździł nim legalnie. Nie krył się, co zresztą było widać po zdjęciach w mediach społecznościowych, dzięki którym można go było śledzić niemal na żywo. O pomoc w odzyskaniu Aventadora "zwiedzającego" Polskę poprosił mnie mój przyjaciel, który znał właściciela Lamborghini.

Jak ten samochód znalazł się w Polsce?

W ogóle nie miał tu trafić, bo właściciel podpisał umowę na transport auta z Francji do Londynu, żeby mógł pojeździć swoją bestią podczas wakacji. Przewiezieniem auta miał zająć się Nepalczyk, który jednak znalazł polską firmę transportową i na mocy umowy użyczenia wysłał auto do Warszawy, prosto pod Hiltona. Gdy w sieci zaczęły pojawiać się zdjęcia, właściciel zorientował się, że został oszukany, ale policja nie potraktowała go poważnie, bo miał problemy z alkoholem.

Nie mógł odzyskać własnego samochodu?

Sytuacja wydaje się kuriozalna, ale tak właśnie było. Cała intryga polegała na tym, aby odebrać oszustowi auto zgodnie z prawem. To nie jest tak, że je znalazłem, bo doskonale było wiadomo, gdzie akurat jest zaginione Lamborghini Aventador. Ale dzięki moim działaniom udało się poświadczyć policji, że ten samochód należy do kogoś innego i nie powinien być w Polsce. Telefon z prośbą o pomoc dostałem jakoś rano, a już ok. 15.00 auto zostało zatrzymane do "rutynowej kontroli" i wówczas okazało się, że kierowca miał przy sobie dużo gotówki i sfałszowane dokumenty tożsamości. Nepalczyk trafił do aresztu, a Lambo wróciło do właściciela.

To był najdroższy odzyskany samochód?

Zdecydowanie. I sądzę, że niełatwo będzie go przebić, bo choć był to "zwykły", kilkuletni Aventador, jego wartość dobijała w tamtym momencie niemal do 1,5 mln zł.

Pana największy sukces w karierze...

Myślę, że jest dopiero przede mną. Nie patrzę wstecz i nie analizuję na wszystkie sposoby dokonanych już rzeczy. Sukcesem jest dla mnie każda rozwiązana sprawa, w której swoimi działaniami naprawiłem lub uratowałem komuś życie w jakiś sposób. Te osoby później mnie polecają i traktują jak przyjaciela, bo im pomogłem być może w najtrudniejszym momencie w ich życiu. Ale rozwiązując ich problemy, jednocześnie tworzę nowe, bo utrudniam życie osobom po drugiej stronie.

Support Ukraine